Medialne bańki

Autor: 9 sierpnia 2016 publicrelations.pl

Telewizyjne renty i alimenty, gdzie stoją kubły w mediach, dlaczego oranżada Hellena nie wygrała z Coca-cola i jak prosto kierować mediami, jeśli odrzuci się zagrywki PR-owe prezesów. Kto potrafi a kto mówi, że potrafi.

BIAŁE JEST BIAŁE ALE TELEWIZJA KOLOROWA

Niedoszły przeszły prezes TVP wyraził zdziwienie, że doszło do próby jego odwołania, w sytuacji gdy zarządzana przez niego firma święci tryumfy na każdym polu eksploatacji. Oglądalność wzrosła, bo sport i igrzyska. Skuteczność też, bo obsłużono Światowe Dni Młodzieży. Efektywność, bo jeszcze stać publiczne medium: na odprawy zwalnianym zawodowcom, pensje nowo zatrudnianym żółtodziobom, wypłatę swoistych rent, tym niedawno zatrudnionym, którzy się nie sprawdzili ale nie odeszli, no i zakup gwiazd, które wielokrotnie udowadniały, że gwiazdami były dawno albo wcale.

Sam prezes, według wyliczeń Press-Service, blisko 100 razy wystąpił na antenach TVP w lipcu i już zdążył prawie 30 razy zagościć tam w sierpniu. Jeżeli wziąć pod uwagę, że był głównym, przepraszam, najczęstszym gościem Tomasza Lisa w jego „dwójkowym” programie, to można powiedzieć, że kocha media i jak sam zapewnia, wie jak z nich korzystać. Choć naukowcy dawno udowodnili, że powtórzenie nawet 100 razy tekstu „kocham swoją teściową”, nie przybliża nas do wielkiego uczucia. Tak jak multiplikowane zapewnienia o rekordowej oglądalności , nie chcą tej oglądalności zwiększyć.

Druga postacią nadymająca niebezpiecznie bańkę oczekiwań dookoła siebie jest starszawy, ale nowy dyrektor TVP2 , ten od „mordy w kubeł”.  Udzielając ogromnego wywiadu o swoich wizjach, planach, projektach nie wspomniał ani słowem o tym, że zadaniem  dyrektora anteny po reformie telewizji publicznej będzie tylko umieszczanie dostarczanych programów na tejże antenie. Zamówieniami, kreowaniem potrzeb i kierowaniem produkcją zajmie się zarząd i biuro programowe. Dyrektorzy tylko będą wypełniać druczki, czyli „ morda w kubeł i wykonać”.

PUBLICZNA CZY KOMERCYJNA ? JEST RÓŻNICA?

Żeby jednak nie być posądzanym o nieuzasadnioną złośliwość, muszę przyznać, że oglądalność czterech największych stacji systematycznie spada. To proces, w którym publiczność przechodzi do tzw. stacji tematycznych. W 2006 roku miały one nieco ponad 20% rynku, teraz miewają nieco ponad 60%. Szczególne zasługi ma w tej materii TVP, gdzie np. poprzedni zarząd skrócił ramówkę, gdy niektóre stacje rozpoczynały nadawanie naziemne. Skrócenie ramówki oznacza szybsze rozpoczęcie nadawania powtórek. Przekładając na ludzki język, gdy Puls, TV7 przygotowywały megaofertę na początek ogólnodostępnej działalności, telewizja publiczna zamknęła kramik z premierami, dając powtórki. Efektem była „ucieczka” widzów do nowych nadawców i nowej oferty. To tak jakby Coca Cola zrezygnowała z reklam i eksponowanych miejsc w sklepach, a potem się dziwiła, że oranżada Hellena jest liderem rynku.

Należy też jednak przyznać, że stacje tematyczne miewają super ofertę, a widzowie umiejętnie wybierają to co najciekawsze. Jednak zapewnienia rodzimych kreatorów gwiazd (tym razem ze stacji komercyjnych) o niepowtarzalności oferty i nowatorskim podejściu do widza, można do takiej dmuchanej bańki włożyć. Telewizje działają jak galerie handlowe, te same sklepy, marki i towary, czyli stacje komercyjne kupują te same sprawdzone formaty u tych samych sprawdzonych producentów. Czy ktoś jest w stanie wskazać nowe gwiazdy wykreowane prze Polsat i TVN? Czy tylko kilka „pogodynek” awansowano do roli celebrytek? Jeśli już coś się „ryzykownego” dzieje, to raczej w Polsacie, który wylansował walki MMA, nie boi się disco polo, i robi sylwestry z muzyką taneczną, a nie jak konkurenci z przesłaniem czy też misją. Zresztą zgodnie z hasłem przypisywanym panu Solorzowi: „Nie interesuje mnie, co będzie między reklamami”.

Rynek telewizyjny jest prosty, jasny i czytelny. Wiadomo co, kto potrafi, a kto pięknie o tym mówi, że potrafi. Wiadomo co, kiedy się sprzeda i można przewidzieć – co nie sprzeda się nigdy.  Gdy ma się do tego dystans, praca w  telewizji może dać dużo frajdy, a gdy dystansu nie ma to zawał murowany. Zawsze jednak można zmienić nastawienie, jak nasza pływaczka Katarzyna Baranowska. Zdarzyło się jej ważyć 104 kilogramy, jak sama przyznaje, nie wychodziła na plażę: „Bałam się, że ludzie zaczną polewać mnie wodą i zadzwonią po Greenpeace”. Dziś pani Kasia waży 72 kg i znowu reprezentuje nasz kraj na igrzyskach. Zmieniła nastawienie i nabrała dystansu, szczególnie do siebie. Czego medialnym menedżerom szczególnie życzę.